Białoruskie Europejsckie Zrzeszenie Bialoruska Muzyczna Partyzantka Smieszny Lukaszenka  
Strona Główna\ INFORMACJA
Ogranizacja: Statut, Czlonkostwo, dodatkowe Informacje
POLONEZ OGIŃSKIEGO
www.odkryjmybialorus.blox.pl, 2006-05-27

Michał Kleofas Ogiński

Oto tłumaczenie tego pięknego tekstu o polonezie "Pożegnanie Ojczyzny", który przecież i my dobrze znamy - choćby ze studniówek... (dziękuję efg i nuzwykrzyknikiem za linki!)

Z pamiętnika Daszy, uczestniczki mińskich demonstracji. Ten legendarny tekst krąży po białoruskim i rosyjskojęzycznym internecie.

19 marca. Obserwacja.

Dużo pisać nie będę, bo nie ma czasu. Siedziałam w komisji wyborczej, obserwowałam przez cały dzień. Wczoraj w spisach wyborców w moim obwodzie było 1925 osób. Dziś rano zrobiło się już 2122. Dzisiaj wieczorem, przed podliczeniem głosów, ich było 2251. Jak to możliwe, że obwód wyborczy „wyrósł” na 225 osób?

Komisja przypadła mi nie najgorsza, kłamać nie będę, pozwolili obserwować podliczanie głosów. Wzrok mam dobry, dlatego widziałam, jak rozkładali karty do głosowania na bliższym kraju stołu. Dwa razy „złapałam za rękę” człowieka, który położył kartę za Kazulina do paczki arkuszy za Łukaszenkę.

Wyniki przedterminowego głosowania i głosowania w dzień wyborów bardzo się różniły. Liczby pamiętam prawie wszystkie, bo kilka razy przeczytałam protokół (nawiasem mówiąc, podpisany – co się bardzo rzadko zdarza – przez przewodniczącego komisji).

W sumie, w wyniku głosowania w dzień wyborów, Milinkiewicz otrzymał 350 głosów, Łukaszenka – 540, Kazulin – 73. 107 kart go głosowania było „przeciw wszystkim” (na Białorusi i Ukrainie jest zaznaczona na karcie taka opcja - tłum.). 22 nieważnych.

A teraz porównajcie to z wynikami przedterminowego głosowania:
Milinkiewicz – 25 głosów, Łukaszenka – 355, Kazulin – 26. „Przeciw wszystkim” – 3 głosy.

NIE WIERZĘ, że wyniki mogą aż tak się różnić. Tym bardziej, że przed terminem głosowali nie tylko emeryci-łukaszyści. Największy procent przedterminowego głosowania dały akademiki – wiadomo dlaczego.

19 marca po obserwacji wyborów dostaliśmy się na mityng na Kastrycznickim placu pod sam koniec, o wpół do jedenastej. Jak powiedziała Asia, „znowu władza oszukała naród” – ani armatek wodnych, ani łańcuchów specnazu, ani gazów łzawiących. Ale wszystkie te rzeczy nie były potrzebne. Najskuteczniejsza broń dzisiejszej władzy – strach. I ona nim się po mistrzowsku posługuje. Naród był zastraszony na długo do 19-tego. Zastraszony oświadczeniami służb specjalnych o kolejnych „wykrytych” bazach dla szkolenia bojówek. Zastraszony idiotycznymi pogłoskami o gruzińskich terrorystach, którzy niby planują wysadzić w powietrze 4 szkoły w Mińsku. (i, poza tym, wsypać truciznę do wodociągów). Jednego mojego znajomego matka po prostu zamknęła w domu na klucz i nie puściła na mityng.

W sumie, było tam maksimum 10 tysięcy ludzi. Postali, postali, później przeszli do placu Zwycięstwa i stamtąd rozeszli się po domach.

Ale jutro ja pójdę tam znowu.


20-21 marca. MAJDAN
CZĘŚĆ 1. POLONEZ AHIŃSKIEGO

Piszę te wiersze 22 marca o 0.48. W ciągu ostatnich dni spałam w sumie tylko 2 godziny. Półtorej godziny temu mnie wypuścili z milicyjnego posterunku. Do tej pory nie wiem, gdzie jest mój brat, który niósł jedzenie ludziom stojącym na placu.

Prawdopodobnie oni i teraz tam stoją – na Kastrycznickim placu, sczepieni w żywy łańcuch, na śmierć i życie wziąwszy się za ręce wokół małego namiotowego obozu, aby obronić go swoimi ciałami. Na Mińsk opuszcza się dziesięciostopniowy mróz. Pomoc nie przyjdzie, nikt nie przebije się przez „psów” i KGB-istów – tajniaków, którzy blokują wszystkie wejścia -wyjścia na plac. Nikomu nie uda się przenieść gorącej herbaty ani śpiwora. Ja to zrozumiałam kilka godzin temu na własnym przykładzie.

Wiele osób stoi już ponad 15 godzin. A niektórzy i ponad dobę. Jeszcze trochę i ich po prostu zacznie zabijać mróz. Kolejne „eleganckie zwycięstwo” reżimu. W ciągu tych dwóch dni stałam się niby starsza o dziesięć lat. Te dni przyniosły ze sobą wiele i na pewno zmieniły moje życie bardziej, niż mogłam to sobie wyobrazić. W te dni dowiedziałam się, co to znaczy Przestąpić przez strach, co znaczy Kochać i co znaczy Nienawidzić. I jak to jest, kiedy rujnuje się całe życie. Pewnych rzeczy, o których się dowiedziałam i odczułam, nigdy, NIGDY nie mogę zapomnieć. Nie niektórych nie mogę darować.

Ile bym nie żyła – będą mnie palić te wspomnienia. Pewnie były to najmocniejsze wrażenia mojego życia.

Niebo było granatowe, takie granatowe, takiego koloru ja nigdy nie widziałam. Kiedy będę umierać, postaram się wspomnieć to dziwne granatowe niebo nad Kastrycznicką płoszczą Mińska.

Wieczorem, 20 marca, zaczął się nasz białoruski Majdan. Już teraz na uczestników namiotowego miasteczka wylewają się rzeki kłamstwa. Mówią, że i zaplanowane było to wszystko już wcześniej, i wszyscy ci, co tam stoją - to zjarani, obkłuci, przepici oszołomi. I władza nawet podaje sumy, jakie nam niby zapłacili. Co mnie zasmuciło, podobną politykę stosuje nawet bardzo wiele rosyjskich mediów. Osobiście dla mnie to jak nóż, wbity w plecy przez człowieka, którego uważałeś za przyjaciela.

Będę tu pisać prawdę i tylko prawdę. Możecie uważać to za najbardziej wiarygodną informację. Byłam w szeregu pierwszej dziesiątki ludzi, którzy pod światłem kamer i aparatów fotograficznych zaczęli stawiać namioty. Tak wyszło. Teraz mi już i tak grozi więzienie, do tego na 15 dobach się nie skończy. Ale czym by się to nie skończyło, nie żałuję swojej decyzji.

Oto ono, niebo nad Kastrycznicką. Kiedy tam 20 marca zebrało się 10 tysięcy osób, było ono przejrzyście granatowe, pojawiały się na nim pierwsze światełka gwiazd. Alaksandr Milinkiewicz, stojąc na schodach pałacu związków zawodowych, krzyczał do mikrofonu o tym, że wybory były nielegalne, że na wyborców czynili presję, że odbywały się masowe fałszerstwa. Totem włączyli muzykę, i nad ogromnym placem popłynął, samotny i srogi, Polonez Ahińskiego. „Pożegnanie z Ojczyzną”. My podśpiewywaliśmy - cicho i uroczyście, tak jakby to był hymn.

Właśnie wtedy w środku mnie coś się złamało i poszło. Gardło zadławiło się płaczem. Odwróciwszy głowę, patrząc się przez mgłę łez w wysokie niebo, słuchałam słów, niby napisanych o nas.

Rostań na rostaniach krainy,
Ranić dumki šlach abrany,
Prahnie serca u rodnyja miaściny
I radzimy wobraz ažywaje rastrywožanaju ranaj...
Znou
Załunaje naš štandar,
Pałychnie unačy pažar,
I pachodnaju truboj
Znou pakliča nas z taboj na mužny boj maja kraina –
Kraj adziny,
Za jaho u wyhnani
Šlach wiartannia,
Šlach zmahannia.

To była nie tylko pieśń – ona wołała do siebie i prosiła. I my jej nie zdradziliśmy. Po pieśni coś jeszcze mówili tam, na schodach. Ale główne wydarzenia odbyły się nie tam, a w samym tłumie narodu.

Póżniej ludzie niespodziewanie odeszli, wyzwalając miejsce, i na asfalt rzucili pierwsze namioty.

Wśród nich był i mój. Zaczęło go stawiać 5 osób. Nie zdążyłam tam podejść – z tłumu raptem wyskoczyli silni chłopcy z tłustymi twarzami bez wyrazu, w czarnych czapeczkach. Szalenie deptali namioty nogami, łamali stelaż, łapali i wynosili śpiwory i namioty, próbowali pobić tych, kto rozkładał. Działali złośliwie i dokładnie.

Coś udało się wychwycić z ich rąk, ale większość rzeczy oni zabrali. Na szczęście, to była tylko pierwsza partia. Później ludzie po prostu stali wokół nas jak ściana, mocno sczepili się za łokcie i nie wpuszczali do środka. Tych, kto próbował się przedrzeć, odpychali ramionami.

A prowokatorów, KGB-istów w cywilu było mnóstwo, strasznie dużo. Stali wokół. A niektórzy czepiali nasze znaczki „za swabodu” i próbowali po cichu wtopić się w krąg.

I właśnie za tą żywą ścianą – kręgiem – rozłożyliśmy swoje namioty. Dokładnie pamiętam moment, kiedy stałam w kręgu, wahałam się, czy pójść do środka, i zawołała mnie Swietka, moja przyjaciółka, jaka pracowała już tam.

Żadnych szczególnych emocji nie odczuwałam. Po prostu zrobiłam krok za stelaż, pomagając stawiać namiot. Na początku chowałam twarz za kaptur, dlatego że mnóstwo kamer wideo i aparatów fotograficznych wycelowano dokładnie nam w oczy. Później uznałam, że to taka połowiczna decyzja. Co tu się już zatrzymywać. I zdjęłam kaptur.

Postawiliśmy namioty, rozścieliliśmy turystyczne karimaty i siedliśmy na nich. I wtedy dopiero zaczęło mnie kłuć. Doszło do mnie wtedy, CO myśmy zrobili. I zrozumiałam, że całe moje poprzednie życie, co bardzo prawdopodobne, w ten właśnie moment odchodzi niby piaskiem przez palce. Do szczętu. I intelektualne gry, i klub dziecięcy, który był moją radością przez tyle lat. I stabilność materialna, i praca w naukowym czasopiśmie, i przyjaciele, i książki, i rodzice. I kochany Mińsk. I, być może, Białoruś... i być może wolność.

Próbowałam chować łzy pod kapturem, żeby nie zauważyli ich dziennikarze. Nieładny to widok, kiedy człowieka trzęsie i aż wykręca od płaczu.

Później się uspokoiłam: co zrobione, to zrobione. Nie ma już drogi wstecz. Właśnie, czy warto czytać w dzieciństwie takie dobre książki i słuchać takie dobre pieśni, żeby potem w życiu okazać się „do niczego”?
Pozostawało zrobić jeszcze tylko jedno, i ja to zrobiłam. Zadzwoniłam do osoby, którą kocham już dwa lata, i powiedziałam mu o tym. Dawno chciałam, ale w żaden sposób nie mogłam. A teraz już bać się nie ma czego.

CZĘŚĆ 2. „WSPANIALE DALEKO” i coś o kłamstwie

Na początku wokół nas nie było za dużo ludzi, stał szczelny krąg. Na schodkach grała muzyka, dziennikarze podchodzili do nas, żeby przeprowadzić wywiad. Rozmawiałam z korespondentem „Euronews” i gruzińskimi dziennikarzami telewizyjnymi, z korespondentem NTB. Nie bardzo to cieszyło, szczerze mówiąc, ale oni jakoś tak często do mnie podchodzili.

Po 23 muzykę wyłączyli, ponieważ prawo zabrania puszczać głośną muzykę w nocy. Staramy się przestrzegać prawa we wszystkim, nawet w drobiazgach. Dlatego, że wiemy: każdy drobiazg może być skierowany przeciw nas. A jeśli nie znajdą drobiazgu – wymyślą.

Po dwunastej ludzie zaczęli się rozchodzić, bo wkrótce przestawało jeździć metro. Nas robiło się cały czas coraz mniej, ale krąg stał cudownie, na śmierć i życie.

W nocy zaczęli przychodzić ludzie z termosami gorącej herbaty. Były to, przeważnie, starsze kobiety i mężczyźni z pobliskich domów.

Przebić się do nas z samego początku było nie lekko. Aby pozbawić nas poparcia narodu, milicja zatrzymywała na podejściu każdego, u kogo znajdywała termos, jedzenie czy śpiwór. Ale oni jakoś przenosili. Pamiętam dwie starsze kobiety, które przyciągnęły trzy termosy z gorącą wodą. Pocałowały nas i powiedziały, że będą się za nas modlić. Rano przyszedł bardzo stary człowiek z pomiętą celofanową torebką. W torebce była kiełbasa i chleb. Dziadziuś powiedział: „wybaczcie, że tak mało: to wszystko, co było w lodówce”. Gdyby nie ci ludzie, byłoby nam o wiele ciężej. Teraz milicja łapie ich i daje za termos herbaty albo śpiwór 10 dni aresztu. Zgodnie ze wczorajszymi danymi z Internetu, zatrzymano już ponad 100 osób.

Czym się zajmowaliśmy tam wewnątrz kręgu? Chodziliśmy, rozmawialiśmy. Siedzieliśmy w małych grupkach i śpiewaliśmy pieśni. Najpierw zaśpiewaliśmy „Wspaniale daleko” (Prekrasnoje dalioka). Ta pieśń również była niby o nas. Jacyś dziennikarze radiowi sunęli nam mikrofon i nagrywali.

Głos zarwał mi się na słowach:
„Słyszę głos, głos zapytuje srogo:
A dziś co dla jutra zrobiłem ja?”

Tę pieśń, wśród ludzi, którzy zasłaniają nas swoimi ciałami, również postaram się zapamiętać na całe życie. Ten wieczór był, na pewno, najlepszym i najważniejszym w moim życiu. Moja opowieść będzie w dużym stopniu przeciwieństwem całego tego kłamstwa, jakie wylewają na nas białoruskie i niektóre rosyjskie media. KŁAMSTWA, że nasza akcja – antyrosyjska, że my nienawidzimy Rosji. Wśród nas byli Rosjanie z Moskwy, z rosyjskim „trójkolorem”. Nasz Majdan zaczynał się nie tylko pod białoruskie pieśni. Solidarnie śpiewaliśmy „Pieriemien”, „Gruppu krowi”, „Zwiezdy po imieni sołnce” Coja. I „Proswitełą” DDT. Śpiewaliśmy „Atłantow” Gorodnyckiego, „Kniżnich dietiej” Wysockiego, „Idiotskij marsz” Miadźwiedziewa. Śpiewaliśmy „Kryłatyje kaczeły”.

Nasz protest – przeciw kłamstwa i dyktatury, przeciw fałszerstwom wyborów i znikaniu ludzi, gwałtu nad dziennikarzami. Przeciwko Związku Radzieckiego, który łapie nas za nogi ze swojej, zdawałoby się, głębokiej mogiły.

Chciałoby się zapytać Rosjan: naprawdę wam potrzebny taki sojusznik, jak Łukaszenka? Sojusznik, którego wybierają zgodnie z zasadą: „niech będzie i swołocz, byle swołocz nasza”? Tym Rosjanom, którzy stali w kręgu ramię w ramię z Białorusinami, taki sojusznik nie potrzebny.

A jeszcze było z nami trochę Ukraińców, którym jakoś udało się przebić przez granicę z flagą. Była gruzińska flaga, ale Gruzinów nie widziałam. Było wiele biało-czerwono-białych flag i kilka flag Unii Europejskiej.

Razem z nami namioty stawiali dwaj estońscy dziennikarze.

Właśnie, to KŁAMSTWO, że wszystko było przygotowane już wcześniej. Opowiem wam, jak powstała idea postawienia namiotów i skąd się wzięła pierwsza szóstka mężnych. Ryzykować już nie ma czym: nasze twarze pokazały wszystkie wiodące telekanały Europy i KGB-owskie kamery - na pewno też. Później mogą ze mnie wybić zeznania, że wszystko to było inaczej, ale ja w tym miejscu, mam nadzieję, zdążę opowiedzieć prawdę.

Wynajmuję mieszkanie razem z Saszą i Tanią. Z Tanią mieszkaliśmy razem jeszcze w akademiku dziennikarstwa BDU (Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego w Mińsku – tłum.). Od czasu do czasu przyjeżdża do nas ze Smarhoni Swieta, nasza przyjaciółka z tego akademika.

18 marca na koncercie poparcia Milinkiewicza, Tania i Sasza zapoznali się z dwoma dziennikarzami z Estonii, K i S. Chodzili oni, pytali się, u kogo można przenocować, bo nie chcieli iść do hotelu. Jak opowiedział nam K, na granicy ich 3 godziny przesłuchiwał agent z KGB. K zabrali laptopa. Dlatego bali się wynajmować coś oficjalnie.

Tańka z Saszą pojechali do nas. Rozmawialiśmy do nocy, rano pojechałam obserwować wybory, później na plac, i do domu już nie wróciłam. Pozostało nocować u Paszy. Z tych liczb, jakie podała Centralna Komisja Wyborcza już wieczorem, było jasne, że nas oszukali. 19 wieczorem do nas przyjechała Swieta. Agitowała za Milinkiewicza w Smarhoni, i wyniki głosowania w jej obwodzie również nie ucieszyły.

Jak powiedziała mi Tania, w nocy siedzieli oni i rozmawiali w kuchni o tym, w jaki sposób wyrazić swój protest. Idea namiotów przyszła do głowy praktycznie wszystkim równocześnie. Najciekawsze, że pomysł ten pojawił się nie tylko u nich. My z Paszkom w tę noc również rozważaliśmy taką możliwość, ale skończyło się tylko na słowach. A u Swietki z Tanią – nie skończyło się. Zadzwonili do znajomych chłopców z „Młodego Frontu”. Jak się okazało, podobne myśli były u wielu. Pozostawało im się tylko umówić, o której przyjdą na plac, i jak przyciągnąć tam amunicję.

K i S na początku zdziwili się, a potem powiedzieli: „myślcie sami, to wasz kraj. My, oczywiście, pomożemy wam stawiać, ale nam jest prościej. W ostateczności deportują – i to wszystko. A wy będziecie mieć ogromne problemy”.

Swietka i Tania zgodzili się na problemy. Tak zrobiła się już czwórka. Rankiem 20-go zadzwonili nam z Paszą, aby poprosić o zgodę na mój namiot, śpiwór i plecak. Oczywiście, zgodziliśmy się. Zdecydowaliśmy z Paszą, że również jakoś zadziałamy – wtedy to jeszcze nie zdawało się taką poważną sprawą. W ten sposób nas zrobiło się sześciu. Nie licząc jeszcze nieznajomych mi chłopców i dziewczyn.

Właściwie, przeciętny wiek ludzi na Kastrycznickim placu będzie gdzieś taki, jak mój. 24 lata. Całkiem młodzi, przeważnie studenci, ale nie wszyscy. Są też starsi, przeważnie silni mężczyźni w kręgu. Chłopców więcej, niż dziewczyn.

Ale wracam do opowieści. Fotografowali nas praktycznie bez przerwy – więc aby flesze nie przeszkadzały śpiewać, zamknęłam oczy. W centrum obozu, pośród namiotów, położyliśmy turystyczne karimaty. Najpierw składaliśmy na nich jedzenie i ciepłe rzeczy, później zrobiło się tego dużo i musieliśmy zrobić z dwóch namiotów magazyny. Kiedy roznosiłam rzędami gorącą herbatę, ktoś podarował mi dwa bukiety kwiatów – irysów i jeszcze jakichś. Wstawiliśmy je do słoika. Ktoś przyniósł i postawił obok ikonę. Zapaliliśmy koło niej dwie grube świeczki. Staraliśmy się utrzymywać na tym placyku porządek, sprzątać stamtąd śmieci. Stawialiśmy tam jedynie termosy z gorącą herbatą, ale one szybko robiły się puste... Siedzieliśmy tam mało – jak tylko przynosili gorącą herbatę czy kawę, rozlewaliśmy je do kubeczków i rozdawaliśmy naszemu żywemu łańcuchowi. Jeden z najgłupszych wymysłów naszych mediów – to, że my wszyscy pijani, i w termosach przynoszą nam piwo. To nawet się kupy nie trzyma: jaki dureń na mrozie o 3 w nocy będzie pić piwo, a nie gorącą wodę?

Ale takich wymysłów można się było spodziewać. Dlatego w namiotowym miasteczku i wokół niego obowiązywało absolutne „suche prawo”. Wszyscy dokładnie rozumieli: broń Boże choćby kroplę alkoholu – od razu sfotografują i nazwą alkoholikami. Periodycznie naród zaczyna krzyczeć: „JA SU-CHY! JA SU-CHY!” O piątej rano jakiś nieznajomy chłopiec przyniósł nam dwie butelki wódki. Chcieliśmy odprawić go z nimi z powrotem, ale później pomyśleliśmy: a może on rzeczywiście nie prowokator, a my go wydamy „psom”? My tych butelek nawet nie odkorkowywaliśmy. Obwinęliśmy, czym się dało, zasunęliśmy do torby, schowaliśmy do namiotu i zawaliliśmy rzeczami.

Całą noc był z nami Alaksandr Milinkiewicz ze swoją żoną. Schodzili z podwyższenia, podchodzili do namiotów. Raz im się udało przenieść z zewnątrz termos z gorącą herbatą. A dwóch synów Milinkiewicza zatrzymali w nocy na prospekcie, kiedy próbowali przenieść ciepłe rzeczy.

W nocy było bardzo zimno, szczególnie osobom w kręgu, którzy nas ochraniali, w tym również od wiatru. Ci ludzie... gotowa jestem stać przed nimi na kolanach. Stali szczelnym łańcuchem na mrozie całą noc, a niektórzy i dłużej – PO 14 GODZIN i WIĘCEJ, nigdzie nie odchodząc i nie ruszając się z miejsca. W nocy do nas przyprowadzili całkiem młodego chłopczyka, lekko ubranego. Ledwie mógł mówić. Poiliśmy go gorącą herbatą, rozcieraliśmy mu ręce, na jakich nie było rękawiczek.

Jak się grzaliśmy? Śpiewaliśmy pieśni, skandowaliśmy, tańczyliśmy pod rytm, jaki wybijaliśmy na kubkach. W różnych końcach kręgu ludzie cały czas, od czasu do czasu również dołączali się, próbując tańczyć coś w stylu średniowiecznych kręgowych tańców, rytmicznie przestępując z nogi na nogę i przytupując. Ktoś się odginał, ktoś przysiadał. Niektórzy zrobili przebiegli się wokół żywego kręgu, starając się być bliżej do ludzi. Biegli z flagami, na przedzie był chłopiec z rosyjską, potem ktoś z dwoma – białoruską i ukraińską, za nim – gruzińska. Periodycznie skandowali z radością na ustach: „Młodzież za zdrowy tryb życia!”. Ja również za nimi pobiegłam. Dobrze rozgrzewa.

Trochę później przyszło nam rozwiązać jeszcze jeden problem. TOALETA, jak by to prozaicznie nie zabrzmiało. Oczywiście: wiele osób z przyległych domów puściło nas do siebie. Problem w tym, że tam nie było jak się dostać. Wokół kręgu stali tajniacy i siły specjalne. Zablokowano wszystkie wejścia – wyjścia na plac. Na własne oczy zobaczyłam, że na przyległych do placu ulicach stoją całe „karawany” – furgonetki dla aresztowanych, autobusy z OMONem. Tylko gdzieś odejdź – i po tobie.

Długo rozmyślaliśmy, jak znaleźć wyjście z tej sytuacji. Pomógł jeden chłopiec. Dosłownie gołymi rękami otworzył luk kanalizacyjny, z boku, bliżej do drogi. Nad lukiem postawiliśmy namiot, przecięliśmy dno. Na początku z niego porządnie śmierdziało. A ja zakrzyczałam: „A wyście myśleli, że rewolucja pachnie różami?” i dałam nura do namiotu.

A w białoruskiej telewizji powiedzieli, że gnuśni białoruscy opozycjoniści zrobili sobie ubikację – tak specjalnie – obok muzeum II Wojny Światowej. Śmiechu warte! Muzeum znajduje się tak daleko od kręgu i kamer dziennikarzy, że ten, kto postanowiłby go odwiedzić, po prostu by nie wrócił.

Trzeba wspomnieć o jeszcze jednym kłamstwie. Durny wymysł – a mimo to wiele osób w to wierzy. My niby stoimy po prostu za kasę. Na początku podawali sumę 20 tysięcy białoruskich rubli (około 10 dolarów). Później zrozumieli, że to wygląda śmiesznie i głupio. „Podniosła” nam władza „wynagrodzenie” prawie pięciokrotnie – do 5 zielonych.

Miły Boże! Niechaj ci wszyscy, którzy w to wierzą, przyjdą i spróbują postać pod spojrzeniami i kamerami tajniaków. 14 godzin postać, dębiejąc na mrozie, i czekać świtu jak zbawienia. Radośnie krzyczeć, kiedy pojawi się słońce. I widzieć nad ranem, że nas mało, ludzie się po prostu nie przebijają. I odczuć, jak strasznie przerzedza się koło z każdą chwilą, bo ludzie nie wytrzymują i idą spać, a zmienić nas nie ma kto. I każdej minuty czekać szturmu, gwałtu, prowokacji. I wiedzieć, że być może już jutro wyrzucą cię z uniwersytetu, z pracy, albo posadzą do więzienia.

Tak, rano nas zupełnie mało. Kiedy o 6 rano przejechał po alei (Niezależnasci – tłum.) autobus nr 100, wpadliśmy na pewien pomysł. Ta strona kręgu, która była odwrócona twarzą do kręgu, każdorazowo, kiedy podjeżdżała „setka”, przyklękała, aby widoczne były namioty. I ludzie skandowali: „DA-ŁU-CZAJ-CIEŚ! DA-ŁU-CZAJ-CIEŚ!” Robili to, dopóki fizycznie byli w stanie.

My czekaliśmy, czekaliśmy pomocy, a jej przychodziło tak mało!!! Ale o 9 już stało się jasne że koło wytrzyma. Część osób zmienili. Kiedy roznosiliśmy im gorącą herbatę i jedzenie, odpowiadali: „nie, dziękuję, prosto z domu”.

O 9 rano zrobiło mi się zupełnie kiepsko. Chciało mi się spać i aż kłuło z zimna. Doczekaliśmy się z Paszą momentu, przeskoczyliśmy koło SOBR-owców i tajniaków, obok których stali dziennikarze, wskoczyliśmy do „setki” i pojechaliśmy. A Swietka i Tania zostali, trzecią dobę bez snu.

CZĘŚĆ 4. ŚPIWÓR JAK BROŃ PROLETARIATU. JA NIENAWIDZĘ!

Pospaliśmy kilka godzin u Paszki i rozjechaliśmy się do pracy. Tak dziwnie: stałeś się już innym człowiekiem, twoje życie już się całkiem zmieniło, ale wszystko jeszcze idzie po inercji, cisza i spokój. W redakcji nikt jeszcze o niczym nie wiedział. Jeszcze jeden dzień można było pocieszyć się niezwykła iluzją, niby nadal trwa poprzednie, ciche i ulotne życie. Ciekawa i słodka iluzja, tak jakbyś z więzienia czy z wojny powrócił na pół dnia do normalnego życia, do przeszłości.

W pracy nawet nie zasypiałam. Zredagowałam bardzo trudny artykuł, szybko załatwiłam wszystkie sprawy.

A później pojechałam do domu – przebrać się cieplej, zmienić obuwie, bo podkusił mnie czort wyjść z domu w lekkich wiosennych bucikach. Pojeść tylko nie zdążyłam. Postanowiłam jechać na Kastrycznicką, choć nie bez wahania. Zdawało mi się, że porządnie się rozchorowałam, a poza tym bardzo pragnęłam wyspać się i napisać dziennik. A to raptem jutro mnie zamkną – do zobaczenia, „ciąg dalszy nastąpi”. Jednak zdecydowałam się. Owinęłam się śpiworem pod kurtką, przyszyłam śpiwór do swetra i obkleiłam taśmą.

Zwinęli mnie w metrze, na Kastrycznickiej płoszczy. Bardzo lekko i prozaicznie: śpiwór wystawał spod kurtki. Zastąpił mi drogę milicjant, poprosił dokumenty i zażądał pójść z nim do kantorka.

Tam przyszło mi zrobić wymuszony striptiz, wyciągnąć wszystko z torebki. Starałam się zachowywać się jak najbardziej spokojnie i życzliwie. Próbowałam porozmawiać po ludzku z ludźmi w mundurach, i mi to wychodziło. Siedzący tam oficer był w porządku, z nim właśnie rozmawialiśmy. Ten czarnooki sympatyczny facet całkiem serio pytał, ile mi zapłacili. Drugi był całkiem inny. Przekopywał moją torebkę. Znalazł dyskietki i ze złością spytał, co tam mam. Spokojnie odpowiedziałam: „proszę, niech pan weźmie, popatrzy”. A sama momentalnie pokryłam się zimnym potem. Miałam tam wiadomości ze strony svaboda.info i „Marcowe dzienniki”. Drugi milicjant długo się zastanawiał, czy nie zepsuć tych dyskietek (czego w tym momencie chciało się chyba najbardziej). W końcu jednak oddali. Oddali też wizytówkę K w języku estońskim. Pewnie nie zobaczyli słowa „correspondent”.

Rozmawiałam z milicją, próbowałam wytłumaczyć im swój punkt widzenia, dać do zrozumienia, że nie jesteśmy pijanymi oszołomami. Milicjanci mówili mi, że dziś w nocy będzie „chapun” (łapanka), będą bić ludzi i zabierać ich na milicję. Wszelkimi metodami próbowali zastraszyć.

Tylko raz o mało nie wpadłam – kiedy przyszli tajniacy. O ile milicjantów mogę zrozumieć i nawet w wielu rzeczach usprawiedliwić, to tych – nie-na-wi-dzę! Oni wszyscy są w czymś podobni. Takie same tłustawe niewyraźne oblicza, jednakowe samouwielbienie i przekonanie o swojej nietykalności. Ubrani w coś ciemne i niewyraźne, i po tym ich można poznać.

CI byli ze znaczkami, NASZYMI znaczkami „za swabodu”! Zachowywali się w posterunku jak prawdziwi gospodarze. Jeden z nich, ten wyższy i grubszy, popatrzył na mój śpiwór i wyraźnie zadowolony powiedział: „Oho! Śpiwór! Odniosę go Mikałaiczu do samochodu, niech się zagrzeje, zmarzł tam przecież przez te 4 godziny”.

I tu zrozumiałam, że muszę mocno trzymać się w rękach, w przeciwnym wypadku wpadnę. A oni przekopywali moje rzeczy, długo przeglądali paszport. Jeden wziął książkę braci Struhackich, która była w torebce, i niezdarnie pokręcił ją w dłoniach (tak mnie korciło powiedzieć: to książka, ją się czyta) i powiedział: „Co to? Kryminał? Mistyka?” Najpierw chcieli napisać protokół i odwieźć mnie do aresztu na ulicy Akrescina. Ale tu wysoki powiedział: „Aj, niech ją! Chodźmy do tych głupków, bo póki będziemy ją wozić, tam w kręgu wszystkie smakołyki bez nas zjedzą”.

I przyczepił na szczególnie widoczne miejsce biało-czerwono-biały znaczek.

Takiej nienawiści i bólu nie odczuwałam jeszcze nigdy. Chciało mi się wziąć go za gardło, temu sytemu cynicznemu parszywcowi, który nas aresztuje, i z czystym sumieniem żre nasze przecież jedzenie. Jedzenie, jakie taskają nam ludzie, ryzykując siąść za to na 10 dni. Jakie rozdają zmarzłymi rękami dziewczynki, które stoją na Majdanie drugą dobę bez snu.

Tego nie wolno zapomnieć, nie wolno darować. Święty Boże! Rzuć mnie w otchłanie piekła, jeśli chcesz. Ale zrób jedno! Zrób cud – aby następny kęs u TEGO w gardle stał się kamieniem.

Tego nie wolno zapomnieć i darować. Najgorsze, co zrobiła obecna władza – podzieliła swój naród na „uczciwych” i „nieuczciwych”. Większej części narodu kapitalnie wyprała mózgi. Podle okłamała najbardziej sumiennych i śmiałych, którzy nie cierpią niesprawiedliwości, którzy nie potrafią godzić się ze złem. A tą mniejszą, „inaczej myślącą” część zmusiła bać się i milczeć. Bać się aresztu, zwolnienia z pracy, bać się, że cię pobiją w ciemnej bramie. Bać się o siebie, przyjaciół i rodzinę. W te dni cały czas mi telefonują znajomi i przyjaciele, pytają się, czy na wolności, jak się czuję. Sprawdzają, czy wszystko ze mną dobrze.

Jeśli wszystko w porządku, to nie na długo. Nie mam złudzeń. Jeśli dzisiaj mnie przetrzymali dwie godziny i wypuścili, to nie oznacza to jeszcze, że do kraju nadeszła demokracja. Im po prostu niezręcznie jest podnosić szum dzisiaj, kiedy w Mińsku tyle zagranicznych dziennikarzy. Ci chłopcy z Reutera, TVP i innych mediów – tylko ich obecność nas dziś ochrania. Jesteśmy na wolności, dopóki tam, na płoszczy, stoi krąg. Myślę, że kiedy to wszystko się skończy, bezpieka „przypomni nasze imiona”. Tym bardziej, że twarzy nie chowaliśmy.

22 marca. PRZY-ŁĄ-CZAJ-CIE SIĘ!

Trochę odespałam w domu.

Szczęśliwie kończę dzienniki i odjeżdżam na płoszczę. Urywają się telefony od znajomych i krewnych, którzy widzieli mnie w TV i Euronews. Ale z telefonem coś nie tak, słychać jakieś szumy i szczekania. Nas podsłuchują.

Wczoraj w nocy dzwonili do nas Estończycy, K i S. Estoński konsul poprosił ich natychmiast opuścić kraj. Powiedział, że zdrowo „zaświecili się” obok nas i że „namiotowców” czekają ogromne problemy. Przeprosili za to, że wyjeżdżają i nas zostawiają. Mam nadzieję, że uda mi się wysłać te dzienniki przez Internet, kiedy dojdę do kawiarenki. Wyślę, komu będę mogła.

Co będzie jutro, tego nie wiem. Chciałabym poprosić wszystkich, kto czyta. Ludzie! Jeśli jesteście Białorusinami, przychodźcie na płoszczę, kto może – stójcie razem z nami! PRZY-ŁA-CZAJ-CIE SIĘ! Jeśli mieszkacie niedaleko od Mińska, rozpowszechnijcie te dzienniki, aby ich przeczytało jak najwięcej ludzi. Tym wy również bardzo pomożecie. Jeśli nie możecie stać razem z nami, to chociaż PAMIĘTAJCIE, jak to wszystko było, i opowiedzcie innym.

Na wszelki wypadek wszystkim – żegnajcie!...


Daria Kostenko
Tłumaczenie z języka białoruskiego (Kuba Łoginow)

Aresztowanie Daszy - "Dzienników marcowych" dalszy ciąg [ru]